środa, 13 sierpnia 2014

Chapter 2

  ,,Na pewno znasz  takie noce, ten destrukcyjny moment
Kiedy każda z twoich myśli waży grubo ponad tonę”

WOLICIE JAK JEST DUŻY ROZMIAR CZCIONKI (jak ten rozdział)

CZY MNIEJSZY (jak tutaj)? ) 
*oczami Luke‘a*
-John? John? – powtórzyłem, gdy zauważyłem, że mężczyzna jest teraz myślami gdzieś bardzo daleko. Zaniepokoiło mnie to. Ostatnimi czasy widywałem go raczej uśmiechniętego i energicznego a nie tak zamyślonego.
-Wybacz Luke. – westchnął. Czyli coś jest nie tak. Znałem go dobrze. Po śmierci mojego ojca, to on się mną zajął dopóki nie miałem 18 lat. A teraz wspiera mnie nadal, załatwił mi pracę i sam daje mi dorobić u siebie w firmie. Traktowałem go jak ojca i dobrego przyjaciela.
Wyciągnął mnie z tego bagna, w które się wpakowałem gdy mój ojciec zachorował. Chociaż wiedziałem, że John też święty nie jest. Wspominał kilka razy o swojej rodzinie, którą stracił.
-Coś się dzieje?
-Stare czasy, Luke. – odparł. Oho, czyli kłopoty. Sam miałem alergię na te słowa. W moim przypadku ,,stare czasy” oznaczały mniej więcej tyle co gówno totalne. Ktoś zapukał do drzwi gabinetu.
-Proszę. – powiedział John. Weszła jego asystentka.
-Panie Fitz, na moim biurku leżała przesyłka do Pana. – powiedziała nieco zdziwiona. Biurko? Oryginalny pomysł.
-Hm, dziękuję Natalie. – wziął od niej wypchaną kopertę. Natalie skinęła tylko głową i wyszła.
John obracał w dłoniach kopertę. W końcu ją otworzył. Z daleka widziałem tylko że to jakieś fotografie.
Wziął jedną do ręki i przyjrzał się jej. Co tu jest grane? Zdjęcia sobie wywołał?
-Cholera jasna, Luke! – usłyszałem nagle. Od razu znalazłem się obok niego.
-Co jest? – spojrzałem na zdjęcia rozłożone na biurku. Jakaś dziewczyna, może trochę młodsza ode mnie. Kilka zdjęć gdy gada z inną dziewczyną, idzie z jakimś chłopakiem… Te zdjęcia nie wyglądają na pozowane, to na pewno. John śledzi jakąś laskę?!
-Kto to jest, co to ma być? – zapytałem niewiele rozumiejąc.
-To moja córka. – warknął. Zaraz, kto?
John mówił, że miał rodzinę, dziecko, że ich stracił… Myślałem, że miał na myśli, że zginęli…
Przyjrzałem się młodej dziewczynie.
Ciemniejsza karnacja, ciemne włosy… Teoretycznie niepodobna do Johna. Ale pamiętam jakieś stare zdjęcie w jego domu, gdy jeszcze z nim mieszkałem. Widziałem starą fotografię gdzie stał z uśmiechniętą kobietą, która wyglądała podobnie do dziewczyny ze zdjęć. Karnacja, włosy, uroda…
Czyli to musiała być jego żona. Ale zaraz…
-Szpiegujesz swoją córkę? – zapytałem marszcząc brwi.
John przeczesywał nerwowo włosy.
-Nie! To ktoś szpieguje moją córkę! – był wściekły.
-Kto? Czemu?
-Bricks. – syknął. O kurwa. Tego typa kojarzę aż za dobrze. Skąd? Moje ,,stare czasy”.
-Co ty masz wspólnego z Bricksem?
Westchnął głośno.
-Siadaj. – powiedział tylko. No zajebiście, czyli to dłuższa historia.
Usiadłem i spojrzałem na niego wyczekująco.
-To było ponad 10 lat temu. Byłem wspólnikiem mojego kolegi, prowadziliśmy firmę. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy musiałem nadzorować przewóz towaru. To miał być pierwszy i ostatni raz, po prostu, nie było w tamtym momencie osoby odpowiedzialnej za kontrolę. W samochodzie oprócz towaru naszej firmy, znalazłem narkotyki. Gdy tylko wziąłem je do ręki dostałem w ryj od dostawcy. To on za tym stał. On i gość od kontroli. Nie potrzebowali tej pracy wcale, ale tak rozprowadzali narkotyki na szerszą skalę. Chciałem od razu iść z tym na policję. Ale mając pistolet przy głowie i perspektywę mojej rodziny martwej, szybko zmieniłem zdanie. Podporządkowałem się i ułatwiałem im sprawę. Po jakimś czasie pojawił się Bricks. Stwierdził, że ilości narkotyków jakie rozprowadzają przez naszą firmę są za małe. A ja znowu dałem się wciągnąc w to wszystko, żeby chronić moją rodzinę. Walczyłem o współpracę z większymi firmami, żeby dostawy miały większy dostęp, miałem kontakty w jednym z lokali, przed którymi zawsze przestrzegałem moją córkę. Narkotyki, alkohol…. Wszystko naraz. Aż w końcu mój wspólnik odkrył ten biznes. On nie ugiął się pod żadnymi szantażami, od razu poszedł na policję. A ja trafiłem za kratki. Wtedy moje dziecko miało 9 lat. Wtedy ich straciłem. Moja żona nie chciała mnie znać, ani razu nie przyszła mnie odwiedzić, w sumie się nie dziwiłem. Ale nie pozwalała mi też widzieć mojego dziecka. Cholernie bolało.
Mijały lata, w końcu wyszedłem. Ale moja żona nie pozwalała mi się do nich zbliżyć. A już szczególnie do mojej córki. Nie mogłem nic zrobić. W końcu moja żona się do mnie odezwała. Że nie daje sobie rady z naszym dzieckiem. Ze ona wszystko już wie, o mnie, gdzie byłem, co zrobiłem.
Chciałem od razu do nich wrócić, do mojej małej, pogubionej dziewczynki. Ale też mi nie pozwoliła. Jedynie moja siostra utrzymywała ze mną jako taki kontakt. Reszta rodziny odwróciła się ode mnie, nawet moi rodzice. A moja siostra ograniczała się do informacji co u mojej córki, do zdjęć.
Ale informacje nie były dobre. Słuchałem jak moja córka niszczy sobie życie, paląc, pijąc, nie wracając do domu… Gdy usłyszałem, że policja ją zgarnęła i odwiozła do domu byłem gotowy natychmiast wracać. Ale wtedy to siostra mnie zatrzymała, że pogorszę sprawę, a ona znienawidzi mnie jeszcze bardziej. Wtedy pierwszy raz usłyszałem z jej ust, że moja córeczka mnie nienawidzi. Wtedy odpuściłem. W momencie gdy moja córka kończyła 18 lat dowiedziałem się, że się wyprowadza, jedzie na studia. Tutaj. Miałem ją tak blisko. Często stawałem pod jej domem i widywałem ją, tą jej przyjaciółkę ze zdjęć, tego chłopaka… dzwoniłem. Za pierwszym razem rozłączyła się od razu. Zabolało. Potem już tylko nie odbierała. Chciałem się z nią spotkać. Po jednej próbie zrezygnowałem.
Sam wiesz,kilka lat temu zająłem się Tobą. Do 18 urodzin. Wtedy  już ułożyłem sobie życie, pracowałem nad własną firmą. Aż do teraz. Kilka dni temu Bricks się pojawił.
Chciał żebym znowu im pomagał. Odmówiłem od razu. Już raz zniszczyli mi wszystko. Teraz gdy powoli wszystko odbudowałem, próbuję jakoś dotrzeć do córki i walczyć o wybaczenie znowu miałem to wszystko stracić? Ale znowu zagroził mi moją córką. Ze ją skrzywdzą. Próbowałem wtedy do niej dzwonić, ostrzec, wyjaśnić. Ale oczywiście nie odebrała. A dzisiaj dostałem te zdjęcia. Wszystkie z ukrycia. To groźba. I kurwa co ja mam teraz zrobić?! Nie dość, że moje jedyne dziecko mnie nienawidzi, zjebałem jej dzieciństwo, to nawet teraz nie może być bezpieczna przez pieprzonego ojca?! – John miał łzy w oczach, był u kresu wytrzymałości. Cholera jasna.
Siedziałem jak idiota. Wiedziałem, że John ma swoje za uszami, jak ja, ale że aż tak…
I ta jego córka. Kurwa, ale się wjebał.
-Co zamierzasz zrobić? – zapytałem od razu.
-Nie mam pojęcia. – John chodził po całym gabinecie  w tą i z powrotem.
-Ale… Pomagasz Bricksowi? Załatwiasz mu kontakty, dostawy? – spojrzałem na niego.
-Nie. Ale zaczynam się zastanawiać. – mruknął. Że co?!
-Chyba żartujesz.
-A co mam robić? – podniósł głos.- Mam czekać aż ucierpi na tym moja córka, która mnie już nienawidzi?!
Zamilkłem. Właściwie to też fakt. Sytuacja bez wyjścia.
-Może chcą Cię tylko postraszyć, odczekaj trochę. – powiedziałem sam niepewny tego co mówię.
-Cholera jasna, przecież muszę ją jakoś ochronić. Ale  ona nawet nie chce ze mną rozmawiać!
Zawsze byłem stuprocentowo pewny, że John to opanowany facet niezależnie od sytuacji, który zawsze ma wszystko pod kontrolą. Pamiętam, że gdy trafiłem pod jego opiekę po śmierci ojca, zawsze irytowała mnie jego postawa. Ale w tym momencie był po prostu bezradny.
-Może rzeczywiście tylko blefują. Może warto poczekać… - mówił zdesperowany jakby sam do siebie.
-Tylko co do cholery z bezpieczeństwem mojej córki?
-Sam mówiłeś, że ją widziałeś z tym chłopakiem ze zdjęć. Wyglądają na parę, a on nie wygląda na bezbronnego więc nie da jej skrzywdzić.- spojrzałem w kierunku zdjęć porozrzucanych po biurku Johna.
-Może masz rację.  – mruknął tylko i szybko pozbierał zdjęcia, włożył je do koperty i wrzucił ją do szuflady biurka.

*oczami Caroline*
- I był taki słodki, jejku ! – miałam wrażenie, że Hayley zaraz się rozpłynie mówiąc o nowo poznanym chłopaku. – Miał takie piwne oczy, uśmiech jak anioł! Rany, niesamowity! –ostatnie słowo jęknęła, kładąc głowę na poduszce, którą trzymała na kolanach.
Hayley miała to do siebie, że szybko zaczynała szaleć na punkcie jakiegoś faceta, który wydawał się być idealny, ale tak samo szybko niestety się zawodziła.
-A jak ten cały anioł się nazywa? – spojrzałam na nią bawiąc się łyżką w mojej porcji lodów.
Hayley momentalnie się wyprostowała.
-Cholera, Cara. – powiedziała wręcz przerażona. Powiedziałam coś nie tak? – Zapomniałam go zapytać ! – jęknęła i ponownie schowała twarz w poduszkę.
Mało nie wyplułam porcji lodów znajdującej się w moich ustach. Powoli ja przełknęłam i dopiero wtedy parsknęłam śmiechem. Nie wierzę, po prostu nie wierzę.
-Hayley, jak mogłaś nie zapytać go o imię? – pokręciłam głową.
Odpowiedział mi tylko jej zduszony przez poduszkę jęk.
Ta dziewczyna zachowywała się jak nastolatka jeśli chodzi o facetów.
-Cholera jasna, no !
-Jak to się w ogóle stało? On nie pytał o twoje imię? – zapytałam nadal nie dowierzając, że od godziny słuchałam o wspaniałości chłopaka, którego imienia Hayley nawet nie znała.
-Nie pytał, nie wiem, gadaliśmy kilka minut o głupotach! Wpadł na mnie, powiedział, że ładnie wyglądam, że musimy jeszcze kiedyś na siebie wpaść, że musi lecieć bo jest już spóźniony i tyle!- zakwiliła.
ZARAZ.
-Czy ty chcesz mi powiedzieć, że przez godzinę pieprzyłaś mi o chłopaku, z którym gadałaś kilka minut?!
-Uh. – jęknęła tylko. No ona jest niemożliwa.
-A podobno to ja jestem dziwna, jeśli chodzi o facetów. – podsumowałam wstając.
-Ty nie jesteś dziwna, tylko potrzebujesz faceta, który potraktuje Cię poważnie i nie skrzywdzi. – odparła mimochodem.
Wywróciłam oczami.
-Taki nie istnieje, Hayley. – parsknęłam.
-Mylisz się. –poderwała się nagle z pozycji leżącej.
-Hayley ty naprawdę zachowujesz się jak nastolatka. Wierzysz, że tacy są? Bo ja po ostatnich przeżyciach poważnie w to wątpię.
-A Max? – znalazła się zaraz obok mnie uśmiechając się cwaniacko.
-Hayley, gadałyśmy o tym. Max to Max. Nie ruszaj tego znowu.
-Dziewczyno, nie dajesz mu cienia szansy od dobrych kilku lat, a on cały czas ma nadzieję i jest obok Ciebie! Jak to nie jest traktowanie dziewczyny na poważnie, to nie wiem co. –potrząsnęła energicznie głową. – Swoją drogą, gdyby ten mój słodziak był taki jak Max wobec Ciebie, to chyba znalazłabym chodzący ideał! – ostatnie dwa słowa wręcz wykrzyczała.
-Firth,  ogarnij hormony, bo Ci odbija. – mruknęłam grzebiąc w mojej torbie. Niemal od razu za te słowa dostałam od niej poduszką.
-Zostaw moje hormony w spokoju, a zajmij się Maxem. Mówię Ci, niepotrzebnie szukasz czegoś, co masz pod nosem.
-Hayley, ja NIE SZUKAM. – zaakcentowałam.
-Bo nie musisz szukać, już to masz na tacy! - do tej dziewczyny nic nie dociera.
-Ostatnie na co mam ochotę to stracić przyjaciela przez głupi związek! Wystarczy mi strat. – odwróciłam się do niej tyłem, żeby nie widziała wyrazu mojej twarzy. Za dobrze mnie zna, zaraz zaczęłaby się terapia przyjacielska, a naprawdę nie mam na to ochoty.
-Zrobisz jak będziesz chciała, ale pomyśl nad Maxem. – powiedziała łagodniej. Cholera, czyli zorientowała się, że coś jest nie tak. Jestem aż tak przewidywalna?
-Idę z nim w piątek na kolację. – rzuciłam mimochodem.
-CO?! – pisnęła i momentalnie do mnie doskoczyła. – Zaprosił Cię? Kiedy? W czym w ogóle idziesz? O. MÓJ. BOŻE! – cieszyła się jak dziecko.
-Hayley, luzuj. To tylko kolacja. Pomogłam mu ze zdjęciami na stronę, w zamian zaprosił mnie na kolację, to wszystko. – wzruszyłam ramionami.
-Caroline, cholera, nareszcie! – rzuciła mi się w ramiona.
Jej entuzjazm był nieco irytujący ale i zaraźliwy.
-W co się ubierasz? – odsunęła się nagle.
-Nie wiem, jeszcze nad tym nie myślałam. Coś na luzie no.
-Idziemy na zakupy!- pociągnęła mnie w kierunku drzwi.
-Hayley no coś ty! To tylko kolacja, on mi się nie oświadcza, nie muszę się stroić!
-Ce, nie kłóć się ze mną.
-Hayley, on pomyśli, że mi zależy, że się staram… - zaczęłam, ale mi przerwała.
-No i to chodzi!
-Ale przecież dla mnie to TYLKO kolacja z PRZYJACIELEM.
-Ale dla niego to będzie ważne, więc ty zadbasz o to, żeby miło to wspominał.
Nie miałam nic do gadania. Poszłyśmy w kierunku centrum. Cały czas gryzłam się z myślami. Nie chciałam dawać Maxowi nadziei. Nie chcę go po prostu skrzywdzić, a już tym bardziej stracić.
Cóż, w sumie do kolacji został mi niecały tydzień, mogę jeszcze zmienić zdanie…
Zanim się obejrzałam już miałam w ręku kilka sukienek wybranych przez Hayley.
Weszłam do przymierzalni. Przyjrzałam się wybranym sukienkom. O w życiu. Nie powiem, są świetne, ale gdzie ja w tym… No i jeszcze na kolację z Maxem. Wychyliłam się z przymierzalni.
-Hayley?
-Co tam? – brunetka pojawiła się z naręczem ciuchów.
-To kolacja z Maxem. Nie randka. Potrzebuję czegoś skromniejszego, mniej rzucającego się w oczy.
-Przymierzyłaś chociaż cokolwiek?
-No nie…
-Dobra, Ce, robimy tak. Tam jest kilka genialnych sukienek idealnych dla Ciebie. Zaraz poszukam czegoś … spokojniejszego jak chcesz, ale przymierz tez tamte. Jak nie dla Maxa, to na imprezę. PROSZĘ, będziesz wyglądać w nich bosko. – uśmiechnęła się słodko.
-Dobra, ale znajdź mi coś … spokojniejszego. – użyłam tego samego słowa co ona i ponownie schowałam się do przymierzalni.
O Boże. Hayley tylko wygląda na taką delikatną i grzeczną. Te sukienki zdecydowanie takie nie są. Nie powiem, są śliczne, ale …
Potrząsnęłam głową, jakby chcąc przestać myśleć i założyłam jedną z sukienek. Była czarna, właściwie prosta, ale jej plecy składały się z pojedynczych pasków materiału, odkrywających skórę. Cholerka.
Trochę krótka.
Wyszłam z przymierzalni spodziewając się pod nią Hayley.
- I jak? – zapytałam od razu gdy otworzyłam drzwi.
KURWA MAĆ, BŁĄD.
Przede mną stała Hayley w towarzystwie dwóch chłopaków. Jednym brunetem, a drugim ciemnym blondynem z zarażającym uśmiechem i dołeczkami.
Wszyscy spojrzeli na mnie.  W TEJ KUSEJ SUKIENCE, KURWA MAĆ.
-Jak dla mnie bomba. – powiedział ciemnowłosy chłopak ścinając mnie od góry do dołu.
-Ja też jestem na tak. – dodał blondyn z uśmiechem. Przeurocze ma te dołeczki.
-Mówiłam, że będziesz świetnie wyglądać. – zawołała wesoło Hayley. Firth, już nie żyjesz.
Nie wiedząc co do końca mam zrobić wróciłam do przymierzalni. Szybko zrzuciłam z siebie sukienkę.
-Caroline, chyba znalazłam coś na piątek. – usłyszałam głos brunetki za drzwiami. Wychyliłam głowę zza drzwi przebieralni zabierając od niej sukienkę.
-Zabiję Cię za nich. – syknęłam do niej i zamknęłam drzwi. Rzuciłam okiem na sukienkę. Kremowa, na ramiączkach, ze zwiewnego materiału. Ładna.
Założyłam ją. Długość była idealna.
-Hayley, to jest to. – powiedziałam do drzwi przymierzalni.

*oczami Luke`a*
-E, Hemmings!- dotarł do mnie głos Michaela.
-Co?- zapytałem zdezorientowany.
-Co z Tobą? – zmarszczył brwi. – W ogólnie nie słuchasz co się do Ciebie mówi.
-Sorry, jestem zmęczony. – mruknąłem na odczepnego. Nie podziałało.
-Czym niby? – drążył.
-Oj Clifford, odpuść. – rzuciłem. Ale tym razem zadziałało. To w nim lubię. Ashton czy Calum by nie dali mi spokoju. A ja nie mogę od tak im wszystkiego powiedzieć.
Cały czas myślałem o Johnie i jego córce. Przez to jak mi pomógł gdy groził mi dom dziecka, traktowałem go prawie jak ojca.  Co nie zmienia faktu, że zszokował mnie tymi ,,rewelacjami” na swój temat. On i narkotyki. On i więzienie. Ja pierdole.
-Gdzie w ogóle jest Calum i Ashton? – zapytałem znudzony Michaela.
-Gdzieś na mieście mieli być. Powinni zaraz wrócić.
Pokiwałem tylko głową.
Jakby na zawołanie usłyszeliśmy trzask drzwi.
-Siema! – przywitali się i rozwalili na kanapie naprzeciwko nas.
Mieli wyjątkowo dobre humory. Nie to co ja.
- Co tak długo? Załatwiliście sprawę? – zapytał Clifford.
-Taaa. Tylko Ashton spotkał jakąś swoją panienkę i nie mógł się od niej odkleić. – zadrwił Calum, za co dostał w łeb od chłopaka.
-Po prostu chciałem wiedzieć jak ma imię, tyle.  – wzruszył ramionami.
-Od kiedy do pieprzenia potrzebne Ci jej imię? – Clifford przewrócił oczami.
-Wal się. – rzucił Ashton mrużąc oczy.
-Dobra, luz, nie spinaj. – zaśmiał się.
-Swoją drogą, tą jej kumpelą to sam by się zajął. – uśmiechnął się głupio Hood.
No tak, on o niczym innym.
-Fakt, ta sukienka była niezła. – zaśmiał się Ashton.
-Nie martw się, ta twoja laska też pewnie taką kiedyś założy. – parsknął Calum, na co Ashton przewrócił tylko oczami.
-Chodziło mi tylko o imię, luz.
-W każdym razie, jakbyś ją jeszcze spotkał to załatw mi numer do tej jej kumpeli, bo chętnie zobaczyłbym ją w tej sukience jeszcze raz. – wyszczerzył się jak idiota.
Pokręciłem głową. Też bym chciał mieć tylko takie problemy.
-Hemmo, co ty taki milczący? – Calum skupił się na mnie.
-Padam na ryj. – wzruszyłem ramionami. Co miałem powiedzieć?
-Proszę Cię, przecież John płaci Ci praktycznie za nic. Czym ty możesz być zmęczony? – spojrzał na mnie Ashton. No kurwa, następny.
-Może jakaś laska go zmęczyła. – poruszył brwiami Calum.
Cokolwiek powiesz, Hood.
-Dobra, ja spadam do siebie. Na razie. – pożegnałem się z nimi i wyszedłem na zewnątrz. Powietrze pachniało deszczem. Ale takie uwielbiałem.
Naciągnąłem na głowę kaptur i ruszyłem do domu. Jednak myśl o Johnie nie dawała mi spokoju w dalszym ciągu. Przestałem się z tym pieprzyć i wyciągnąłem telefon.
Po kilku sygnałach usłyszałem jego głos.
-Halo?
-Cześć John. I jak? Odzywali się? – przeszedłem od razu do sprawy.
-Na razie nie. Chyba miałeś rację. – westchnął.
-To dobrze.
-Myślę, czy dalej próbować do niej dotrzeć. –Wyczułem wahanie w jego głosie.
-W sensie, żeby Ci… wybaczyła?
-Tak. Tylko najpierw musiałaby odebrać w końcu ten cholerny telefon. –rzucił z irytacją.
-Dziwisz jej się?
-Nie. – odparł.
-No właśnie. No nic, dzwoń jak coś. I nie wplątuj się w to gówno po raz kolejny. – powiedziałem.
-Na razie Luke. – zignorował mnie totalnie.
-John, słyszałeś mnie?
-Dla mnie ważniejsza jest córka niż moja reputacja. -  rzucił i usłyszałem sygnał odkładanej słuchawki.
Starałem się go zrozumieć, ale kto naraża się  w taki sposób dla jakiejś małolaty, która zapomniała o jego istnieniu i ma na niego wyjebane totalnie? Ah tak, ojciec.

                               







__________________________________________________________

Siemanko Ziomeczky :3
Już drugi, huhuhuh :D
teraz wiecie jaka była prawda. Jakie jest wasze zdanie?
Uważacie że Cara powinna dać ojcu szansę czy słusznie się od niego odsuwa?
Dowiedziałyście się też trochę o przeszłości Luke`a. 
Jak widzicie, w tym ff każdy ma swoją historię. 
Więcej w kolejnych rozdziałach :3
ZMIENIŁAM USER NA TT NA @awhniallable
Informować kogoś? 
Jest ktoś chętny na twitcama ze mną, albo tinychata?
(Odpowiadam na pytania, gadam bez sensu, śmieję się jak głupia :D )
podsumowując:
jakie jest Wasze stanowisko wobec Johna i Caroline?
Co zrobi John, będzie pomagał Bricksowi?
Luke go powstrzyma?
Bricks odpuści?
John pójdzie na policję?
Szipujecie Maroline? (Max+Caroline)


Buziaki xx
Aśś.

środa, 6 sierpnia 2014

Chapter 1

,,Słowa nie oddają tego, ile waży strata

Kocham Cię najmocniej, zaraz wracam …"


NOTKA NA KOŃCU !

*oczami Caroline*
Spóźniona. Przez całe życie spóźniona. To powinien być mój status życiowy.
Gdzie biegłam tym razem? Do kawiarni, gdzie umówiłam się z Max‘em.
Obiecałam mu wczoraj pomóc przy jego stronie internetowej. Max studiuje informatykę, teraz prowadzi własny serwis internetowy (pomijając jego inne strony, systemy i blogi, czego ma mnóstwo).
Potrzebuje fajnych zdjęć. A że ja studiuję fotografię, to kto mu te zdjęcia zrobi? No Caroline.
Właściwie nie mam nic przeciwko, uwielbiam robić zdjęcia. Tym bardziej, że Max potrzebuje profesjonalnych zdjęć więc będę mogła robić to co lubię najbardziej: kombinować z oświetleniem, tworzyć prowizoryczny plan zdjęciowy, pobawić efektami, perspektywą i własną kreatywnością.
Z tym, że jestem padnięta. Kofeina nic nie zdziałała. Mam tylko nadzieję, że gdy wezmę do ręki aparat, poczuję się lepiej.
Ale jak na razie trenuję sobie biegi na trasie uczelnia-kawiarnia i to przeszkodami jakimi są ludzie, samochody i krawężniki, a nawet z obciążeniami, jak np. moja torba ze strojem do siatki, torba z całym moim sprzętem i notatkami, aaa no i czwarta już dzisiaj kawa w ręku.
W końcu gdy minęłam upragniony zakręt (oczywiście wpadając na kilku ludzi i prawie wylewając kawę) ujrzałam stojącego przed kawiarnią Maxa. Gdy tylko mnie zobaczył uśmiechnął się szeroko.A gdy zauważył moje torby, kawę i mój bieg (i pewnie włosy przypominające szopę po takim biegu) tylko pokręcił głową z politowaniem.
-Sorki Max, już jestem. – dopadłam do niego z lekką zadyszką.
-A ty jak zwykle w biegu. – parsknął i przytulił mnie na powitanie.
-Takie życie. – mruknęłam.
-Która kawa? – zapytał rozbawiony  kiwając głową w kierunku mojego kubka.
-Czwarta. 
-Jezu Car, czy ty kiedyś śpisz?
-Jak tylko wrócę do domu, padnę jak nieżywa, więc mnie nawet nie denerwuj i chodź robić te zdjęcia. – zaśmiałam się, złapałam go luźno za rękę i pociągnęłam w dół ulicy.
-Poczekaj, pomogę Ci. – wziął ode mnie moje torby, dzięki czemu zostałam tylko z kawą w ręku.
-Dzięki, Max. – cmoknęłam go szybko w policzek, na co uśmiechnął się szeroko. No jak tu takiego nie kochać?
Po kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce. Okej, budynek, który miałam obfotografować był spory. Wyglądał na stary, ale kiedy Max wprowadził mnie do środka, okazało się, że się myliłam. I to jak bardzo się myliłam. W środku każde pomieszczenie było idealne, perfekcyjne, czyste, bezbłędnie udekorowane. MIESZKAĆ W TAKIM DOMU, O BOŻE.
Albo w sumie nie, kto by to za mnie sprzątał. Kto by tu za mnie mieszkał? Żyję w biegu. Swoją drogą muszę w końcu zwolnić bo już sama za sobą nie nadążam. Dobra, zaczniemy od frontu domu.
Wyjęłam z torby aparat, wręczyłam Maxowi, który dzisiaj bawił się w mojego asystenta, parasolkę przepuszczającą, żeby pomagał mi ze światłem, uszykowałam statyw i zaczęłam pracę.
Pomijając fakt, że jakieś pół godziny zleciało mi na ustawianiu Maxa i tłumaczeniu mu, dlaczego światło jest takie ważne. No i oczywiście nie obyło się bez napadów śmiechu, łaskotania, dokuczania, czyli typowych dla nas głupot.
W końcu odetchnęłam, gdy stanęłam za obiektywem. Luźno ułożyłam palce na aparacie i się automatycznie odprężyłam. Od razu się skoncentrowałam i powoli regulowałam ostrość. W końcu wyłapałam idealny moment. Kilka zdjęć. Kazałam Maxowi się nieco przesunąć. Znowu chwila skupienia. I seria kilku zdjęć.
Po kilkunastu minutach weszliśmy do środka. Tu pracowało się lepiej, bo każdy pokój był dobrze oświetlony bez większej ingerencji, więc Max nie musiał się bardzo napracować.
Skończyliśmy całą sesję godzinę póżniej. Byłam odprężona. I byłam zadowolona ze zdjęć.
-Wiesz, że Cię kocham, Car? – zapytał wesoło Max obejmując mnie ramieniem, gdy kierowaliśmy się pod mój dom.
-Tak wiem. – zachichotałam.
-Wiszę Ci dobrą kolację. – zaśmiał się.
-Oj tak. – dźgnęłam go lekko w bok.
-Hm, to może dasz się porwać w piątek? – uśmiechnął się nieco bardziej nieśmiale gdy wchodziłam do domu.
-W sumie, okej. – zgodziłam się. Uśmiechnął się szerzej.
-To do piątku, Car. – doskoczył do mnie i pocałował mnie w policzek.
-Ej, zaraz, nie wejdziesz? – zatrzymałam go.
-Innym razem, muszę lecieć. – skrzywił się. – Dzięki jeszcze raz mała! – rzucił z uśmiechem i energicznym krokiem ruszył ulicą.
Wzruszyłam tylko ramionami i weszłam do domu. Gdy tylko przekroczyłam próg poczułam jak bardzo padnięta jestem. Żebym w końcu na tej kolacji w piątek nie usnęła.
Zaczęłam przepakowywać torby na jutro. Wyjęłam telefon. Od wczoraj go nie włączałam.
Poczułam strach kiełkujący we mnie.
Cholera, a jak znowu dzwonił? Kto?
  Tata.
Ojciec.
Pełna obaw włączyłam telefon. Uff, nic nowego.
Może odpuścił?
Z jednej strony błagałam, żeby tak było, a z drugiej…. Nie. Nie ma drugiej strony.
Wystarczająco dużo zrobił.
A co takiego zrobił?
Zniknął z mojego życia gdy miałam jakieś 9 lat. Był wspólnikiem w firmie, którą założył z jakimś kolegą.
A potem okazało się, że nagle z dnia na dzień straciłam ojca. Do 12 roku życia miałam nadzieję, że jednak pojawi się na święta, na jakiejś szkolnej uroczystości, moich urodzinach… Tłumaczeń słyszałam mnóstwo. Wyjazd, praca, ,,wakacje".
Aż w końcu dowiedziałam się co tak naprawdę się stało. Mój tatuś wjebał się w jakieś czarne interesy. Jacyś faceci, dilerzy, przekręty w firmie…  Tata umożliwiał jakimś kolesiom transport dragów, sam dokonywał przekrętów, transakcji... No i nakryli ich, a mój ojciec wylądował w więzieniu. Tyle mi powiedziano. To musiało ciągnąć się długo. W końcu pamiętam, że przez całe moje dzieciństwo dostawałam co tylko sobie zażyczyłam. Podejrzewam, że to była rekompensata za wieczny brak ojca i matki w domu. Ale wtedy jeszcze miałam z nimi jakiś kontakt. Gdy nagle taty zabrakło, kontakt z moją mamą też się pogorszył. Obwiniałam ją o wszystko. Kłóciłam się z nią, że to jej wina, że nie mam ojca, że to ona go zraniła, że tylko ona jest temu winna. Aż w końcu w wieku nastoletnim dowiedziałam się prawdy.  Szok. Jebany szok.
Mój tata? Narkotyki? Podejrzane interesy? Przecież on sam przestrzegał mnie przed złym towarzystwem, używkami. I przede wszystkim kłamstwem. Mówił, że to najgorsze co może być. SERIO TATO?Gdy już się wszystkiego dowiedziałam, kontakt z mamą się posypał całkowicie.  Byłam wściekła. Na ojca. Na mamę, na całą okłamującą mnie przez ten cały czas rodzinę. Na wszystkich. Na wszystko.Cały świat mi się zawalił. W co miałam wierzyć? Zaczęłam się buntować. Często uciekałam z domu, paliłam, piłam, nie obchodziło mnie nic. Nie lubiłam imprez, a przynajmniej nie a takim towarzystwie w jakim się wtedy obracałam. Ale mimo wszystko brnęłam w to dalej. Aż w końcu mama była bezsilna.
Nie dogadywałyśmy się w ogóle. Zaraz po 18 urodzinach podjęłam decyzję. Wyjeżdżam.  Idę na studia.
Coś musiałam zrobić z moim życiem.
Sama na początku nie wiedziałam co. Dlaczego?
Nie ufałam ludziom. Nikomu. W końcu wszyscy mnie zawiedli już jako dziecko.
Wizja rodziny?  Znikoma. Ból i nic więcej.
Wizja męża?  Tchórz, który i tak w końcu albo zdradzi, albo oszuka, albo mu się znudzisz.
Ludzie? Tylko krzywdzą.
Jedyne co udało mi się po tym wszystkim odbudować to zaufanie. Mam Maxa i Hayley. Moi najlepsi przyjaciele, którzy są ze mną zawsze, co bym nie zrobiła. Oni znają prawdę, znają mnie najlepiej i nigdy nie zawiedli. Może dlatego, że oni też mają swoją historię.To gdy ich spotkałam, przekonałam się, żeby spróbować ufać też innym. Na przykład… chłopakowi. Brakowało mi miłości. Na dobrą sprawę, to każdej, nawet tej od rodziny. Nie wątpię, ze moja mama mnie kocha, ale po prostu jej nie ufam. Nie umiem się z nią dogadać.
Ojciec? O czym my w ogóle mówimy…
Ale jak się okazało, już mój pierwszy chłopak skutecznie mi udowodnił, że jednak nie każdy na takie zaufanie zasługuje. Nie zrażałam się. Cały czas wmawiałam sobie, że jestem uprzedzona. Że nie każdy jest taki jak mój ojciec.
No i niespodzianka- każdy kolejny zadbał o to, żebym wybiła to sobie z głowy.
A mimo to, że tyle razy dostałam po tyłku i tak jestem łatwowierna. Może dlatego, że tak bardzo chcę być w końcu szczęśliwa w stu procentach i mieć kogoś to kocha mnie bezwarunkowo i komu mogę ufać.
Chyba się taki nie urodził.
Wracając do tematu ojca. Od czasu, gdy mama przestała sobie ze mną radzić, zaczął się pojawiać w moim życiu. Pierwszy raz, gdy wróciłam do domu i mama znalazła u mnie fajki.
Słyszałam że rozmawia z nim przez telefon, że sobie ze mną nie radzi. Nawet nie wiecie, jak wielka była moja nadzieja, że do mnie wróci. Że mi to wyjaśni, ze to nieporozumienie. Żeby nawet na mnie nakrzyczał  i dał szlaban za te fajki. Ale żeby tu był i mi to wytłumaczył.
Dlatego wtedy robiłam wszystko, żeby tylko mama częściej do niego dzwoniła, żeby się pojawił. Piłam, paliłam, nie wracałam na noc do domu, raz przywiozła mnie do domu policja z jednej z ,,imprez”.
Nic.
Wtedy straciłam resztki nadziei i obiecałam sobie, że mu nie wybaczę.
Po raz kolejny dał o sobie znać gdy byłam na pierwszym roku studiów. Zadzwonił. Nie znałam numeru. Odebrałam. Gdy tylko zorientowałam się z kim rozmawiam miałam ochotę jednocześnie roztrzaskać telefon o ścianę, wykrzyczeć ze go nienawidzę i… że go kocham i chce żeby wrócił i mi to wyjaśnił…
Ale rozłączyłam się. Przypominałam sobie na siłe, jak bardzo bolało, gdy czekałam na niego na święta, a on się nie pojawiał. Gdy w szkole obchodziliśmy dzień ojca a ja…
Te wszystkie razy gdy go nie było, a powinien być.
Wtedy od razu zablokowałam ten numer.
Od tamtego razu miałam spokój. Aż do teraz. 
A raczej kilka tygodni temu. Pierwszy telefon. Sąsiadka, która powiedziała, że tu był.
Panika, strach, jednocześnie chciałam żeby tu był, ze mną. A jednocześnie tak bardzo go nienawidziłam, za to jak mnie zniszczył. Mnie, naszą rodzinę, wszystko.
Właściwie, czego teraz ode mnie chciał? Jestem już dorosła, samodzielna, studiuję, mam własne mieszkanie. Fakt, mama wspiera mnie finansowo. Za to jestem jej wdzięczna, bo gdyby do mojego teraźniejszego życia doszła praca na etacie to chyba w ogóle bym nie spała. W sumie, to chyba też dlatego myślę że mama mnie kocha. Przecież gdyby tak nie było to nie obchodziłby jej mój los, prawda?
W każdym razie teraz został mi strach, że mój kochany tatuś się pojawi. A raczej strach przed tym , czego może ode mnie chcieć, bo podejrzewam, że to nic przyjemnego.
Rzuciłam torbę na fotel obok łóżka i powędrowałam do kuchni w celu skombinowania jakiejś kolacji.
W lodówce znalazłam mój ulubiony jogurt gruszkowy i ruszyłam do mojej sofy przed telewizorem.
Znalazłam jakąś bzdurną komedię romantyczną i zajęłam się jogurtem.
W takie samotne wieczory szczególnie doskwierał mi brak kogoś bliskiego.
Kogoś z kim mogłabym się kłócić o zajętą łazienkę i bałagan, kogoś obok kogo mogłabym zasypiać i się budzić, kogoś kto w takie wieczory siedział by ze mną na tej kanapie z chińszczyzną  i winem zamiast jogurtu i śmiał się z koncepcji komedii romantycznej, albo przytulał przy fajnym horrorze.
Czas szybko mi mijał, bo prawie od razu gdy się relaksowałam to padałam i zasypiałam, więc nie miałam wiele czasu na myślenie nad moją samotnością. W sumie, lubiłam to co mam teraz. Czułam się samodzielna, niezależna i silna. Przez ciągłe zajęcia czułam się potrzebna, spełniona i po prostu… Nie miałam czasu na zamartwianie się, na problemy.
Więc czego właściwie chciałam, skoro czułam potrzebę posiadania kogoś bliskiego, a zarazem nie chciałam rezygnować z tego, co jest teraz, nie cierpiałam zmian?
Cholera wie, czego chce Caroline Fitz.
Chociaż teoretycznie jasno wiedziałam czego chcę. No pojebane kompletnie, brak logiki.
Z mojego zamyślenia nad stopniem popieprzenia mojego życia wyrwał mnie sygnał maila.
Sięgnęłam po laptopa.
Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam autora wiadomości. Max.
Siemanko piękna ! ;)
Tu masz komplet zdjęć, które wybrałem, wiem że tymi małymi wiecznie zimnymi łapkami  możesz zdziałać z nimi jeszcze większe cuda (TO TY JESTEŚ ZBOCZONA NIE JA)  i byłbym max wdzięczny gdybyś je przejrzała i swoim fachowym oczkiem zerknęła czy wymagają jakichś poprawek (nie obrażę się, gdybyś je dla mnie zrobiła XD)
I dziękuję mała za te zdjęcia, jestem Ci dozgonnie wdzięczny, szykuj się na kolację życia z przystojnym facetem :D
Do piątku pani fotograf :*
Dzięki za wszystko ;)
Ściskam, Max.
Nie mogłam się nie uśmiechać czytając to. Szybko otworzyłam zdjęcia, które mi wysłał. Wybrał te naprawdę dobre. Ale że to moje dzieło, to oczywiście potrzebowało poprawek, czym się szybko zajęłam i odesłałam do Maxa.

*oczami Maxa*
-No kurwa mać… - mruknąłem pod nosem, gdy zmiany wprowadzane po raz setny w ciągu ostatnich 3 minut do html jednej ze stron się nie zapisały. No oszaleję.
Po raz kolejny oczekiwałem na zapisanie zmian i przeklinałem w myślach to cholerne kółeczko oznaczające ładowanie.
Sygnał maila. Przeskoczyłem do drugiej karty.
Mail od Caroline. Uśmiechnąłem się pod nosem.

Witaj mój przyjacielu !

Chciałam zauważyć, że masz najlepszą przyjaciółkę na świecie.
Why? Obejrzyj zdjęcia :D (TAK TERAZ, RESZTĘ PRZECZYTASZ  ZA CHWILĘ. )
Zaśmiałem się cicho, ale zrobiłem to, czego chciała. Otworzyłem zdjęcia. Już je przerobiła! I to jak ! Są świetne. Taka mała, a taka wielka. Wróciłem do treści maila
TADAM :D Tak, wiem, jestem genialna, niezastąpiona itd. 
 Ja i moje  zimne ŁAPKI (udam, że wcale nic mi nie sugerowałeś i poudaję też, że jednak jesteś dżentelmenem) zdziałałyśmy cuda.
Zdjęcia i autografy w piątek.
Też Cię uwielbiam.
Caro xx

No i weź tu nie kochaj tej małej istotki.
Piknięcie. Otworzyłem poprzednią kartę. Zmiany w html zostały pomyślnie zapisane.

*oczami Johna Fitza*
Nadal nie mogłem się uspokoić po wizycie Bricksa, od której minęły już 3 dni. Od równych dwóch dni, cały czas miałem w dłoni telefon by zadzwonić do mojej córki, ale rezygnowałem za każdym razem.
I tak nie odbiera, nienawidzi mnie. Boli. Ale to tylko i wyłącznie moja wina. Ile bym dał za to, by znowu być w jej życiu.
Miałem tylko nadzieję, że Bricks nie spełni swoich gróźb. Biłem się z myślami, czy jednak nie zrobić tego, czego ode mnie chciał. Ale w sumie,  skoro do tej pory jest cisza, to może już mnie nie potrzebuje? Oby.
-John? John? – głos młodego chłopaka wyrwał mnie z rozmyślań.
-Wybacz, Luke. – westchnąłem. Blondyn patrzył na mnie uważnie.
-Coś się dzieje? – zapytał.
Jeszcze tego brakowało, żebym go obarczał problemami. Tym bardziej problemami z tego półświatka, z którego on ledwo zdołał się wyrwać.
-Stare czasy, Luke. – uciąłem. Pukanie do drzwi.
-Proszę. – powiedziałem głośniej. Do gabinetu weszła moja asystentka.
-Panie Fitz, na moim biurku leżała przesyłka do Pana. – powiedziała nieco zdziwiona. Na biurku?
-Hm, dziękuję Natalie. – wziąłem od niej kopertę. Była wypchana.  Natalie skinęła głową i wyszła.
Obróciłem kopertę. Brak nadawcy. Z przodu koperty widniało tylko moje nazwisko.
Rozerwałem kopertę. Luke przypatrywał mi się.
Z koperty wyjąłem zdjęcia. Cholera jasna, jakie zdjęcia.
Moja córka. Moja Caroline idąca przez miasto z kubkiem kawy i telefonem przy uchu. Wchodząca do domu, gdzie jeszcze niedawno byłem. Caroline rozmawiająca z jakąś dziewczyną.  Moja córka z aparatem, robiąca zdjęcia.  Wchodząca na uczelnię.  Idąca z jakimś chłopakiem, roześmiani. Na drugim zdjęciu przytuleni. Chłopak stojący na jej werandzie i całujący ją w policzek. 


Caroline ściągająca doniczkę z kwiatkiem z haczyka na suficie werandy.  Biegająca po lesie ze słuchawkami w uszach.
Spojrzałem na zdjęcia z chłopakiem. Za dole zdjęcia widniała data. Dzisiejsza. 
Bricks.
-Cholera jasna, Luke!
 ______________________________
 Hej Pysiaczkyy :3
1 ROZDZIAŁ ZA NAMI XD
troszkę się wyjaśniło? :D
W każdym razie powiem Wam, że jeszcze nie wiecie wszystkiego XD
W kolejnym rozdziale dowiecie się konkretnie wszystkiego o przeszłości Johna.
Czy Caroline wie wszystko?
Znacie jej punkt widzenia i to, jaką prawdę ona usłyszała.
Wiecej Luke`a i o tym, jak to jest z nim - kolejne rozdziały :D
Cóż, powiem Wam, że każdy w tym ff ma swoją historię XD
Wiem, lubię komplikować xd

POJAWIŁA SIĘ ZAKŁADKA BOHATEROWIE
tam też króciutko opisałam każdą postać.
Stamtąd możecie się domyślić, że Jason to ojciec Luke`a, a przyjaciel Johna.
Więcej w ich temacie?
Kolejne rozdziały :D

Myślałam nad zwiastunem, ale chcę go zrobić sama, a Windows Movie Maker nie chce ze mną współpracować (gdy chcę dodać muzykę, napisy, cokolwiek, program przestaje działać i się zamyka), więc nie wiem jak będzie. 

WAŻNA RZECZ:
Pomyślałam ostatnio o czymś jak twitcam, gdzie zebrałabym pytania od Was dotyczące moich ff, mnie, czegokolwiek będziecie chciały :D
Co wy na to?
Tylko szczerze, wydaje mi się, że tinychat byłby lepszy,  bo każda z Was mogłaby dołączyć, rozmawiać, a jeśli nawet głosu nie chcecie ujawniać to pisać, ale być ze mną :3
No ale zależy od Was czy byście chciały, brały udział, miały pytania :)
DAJ ZNAĆ :)

DRUGA RZECZ:
informowani
Chcesz, żebym Cię informowała o nowych rozdziałach?
Czekam na usery, blogi aski, etc. 

To chyba tyle, jak zwykle proszę o Wasze opinie bo dopiero zaczynamy i bardzo liczę na Was i na komentarze <3
Buziaki
Aśś.

środa, 30 lipca 2014

PROLOGUE

MILIGRAM SZCZĘŚCIA
TONA ZŁUDZEŃ
 


#1 inspiracja
#2 inspiracja
#3 inspiracja

* oczami Johna Fitz`a*


Jak zwykle porządkowałem papiery w księgowości. Jedna firma, jeden przetarg, tyle bałaganu.
Sprawozdania, rachunki, zestawienia…
Jak słowo daję, zatrudnię księgową, sam tego nie ogarnę.
Dobra, teraz trzeba podbić zlecenia. Gdzie jest ta pieczątka?
Cholerne papiery!
Ze złością zgarnąłem większość papierów z biurka, szukając wzrokiem pożądanego przedmiotu. Dopiero miałem ją w rękach…
-Tego szukasz? – usłyszałem znienacka znajomy głos.
Odwróciłem się raptownie. Jego mi tu było potrzeba…
-Bricks… - sam nie wierzyłem kto przede mną stoi.
-We własnej osobie Fitz. Kopę lat, nie? – mężczyzna parsknął.
-Co ty tu robisz? – starałem się brzmieć neutralnie nie zdradzając rosnącej irytacji, spowodowanej jego obecnością tutaj.
-To tak witasz starych znajomych? Masz słabe maniery jak na porządnego i ustatkowanego biznesmena, Fitz.
Zaczynam tracić cierpliwość. Nigdy  więcej nie powinienem go widzieć na oczy.
-Czego chcesz? – wiedziałem że wizyta nie jest bezinteresowna. W końcu to Bricks, a tacy ludzie jak on z całą pewnością nie są bezinteresowni.
-Bingo. Powiem Ci, że może i jesteś stary, ale nadal bystry. – zakpił.
-Czego chcesz? – powtórzyłem bardziej stanowczo.
Bricks tylko oparł się nonszalancko o jedno z biurek i złożył ręce na piersiach.
-Krótko. Potrzebuję twoich starych znajomości, to raz. A dwa, wiem, że ta twoja firma bierze udział w przetargu…
-Nie mieszaj mnie już do swoich interesów. Mojej firmy tym bardziej. Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. – uciąłem od razu gdy wyczułem, że coś się szykuje.
-Hamuj, Fitz. – warknął. – Nie zgrywaj teraz przede mną porządnego faceta, bo dobrze o tym wiesz, że taki nie jesteś i masz co swoje za uszami. Co więcej, masz kilka starych kontaktów. To, że wskoczysz w ten służbowy garniak i będziesz latał z teczką po mieście nic nie zmienia. Jak raz w coś wdepniesz, to w tym siedzisz. Więc nie myśl, że tak łatwo się odetniesz od przeszłości.
Złość wzbierała we mnie z każdym jego słowem.
-Nie ma pieprzonej opcji, Bricks. Przez Was straciłem już rodzinę i pracę. Nie mam zamiaru się w to pakować po raz kolejny. – zamknąłem segregator z dokumentami chcąc jak najszybciej stąd wyjść i zapomnieć o istnieniu takich ludzi jak Bricks.
Roześmiał się na moje słowa.
-Stary, dobry, uparty Fitz. Tylko że straciłeś to wszystko na własne życzenie. A zresztą sam pomyśl. Który porządny ojciec, mąż czy biznesmen pakuje się w takie gówno jak głupi nastolatek? Sam widzisz, na ojca, męża czy po prostu porządnego człowieka to ty się nie nadajesz. A to, że pomagasz temu bachorowi Jasona, nie robi z Ciebie Matki Teresy, przykro mi.
-Nie wtrącaj się w sprawy, które Cię nie dotyczą. A Jason był moim przyjacielem i dobrze o tym wiesz. A chłopak nie miał nikogo.
-To bardzo szlachetne z Twojej strony, naprawdę, wzruszyłem się. Rzeczywiście, dzieciak odwala każdą jedną robotę, którą mu dasz bo czuje się zobowiązany za tą twoją pomoc do jego 18 urodzin, bo bawił się w bad boya, co się dla niego źle skończyło. Swoją rodziną byś się zajął, a nie zgrywał dobrodusznego dla obcego chłoptasia. –parsknął.
Długo tu nie wytrzymam.
-Mów czego chcesz i wynoś się stąd. – ustąpiłem mimo wściekłości.
Uśmiechnął się tryumfalnie.
-Pierwsza sprawa: masz kumpli w Shadows, skombinujesz tam jakiegoś gościa który by wszystko nam opychał. Byłbyś pośrednikiem. Druga: załatwię Ci, że wygrasz ten przetarg. A w zamian za to, ty poszperasz dla mnie trochę w papierach tej firmy. Zamieszasz trochę, a po zakończeniu twojej roboty, puścisz tamtą firmę z torbami.
Nie wierzę.
-Zapomnij. – powiedziałem od razu. Nie po to tyle pracowałem na to, żeby w końcu stanąć na nogach i walczyłem o stabilizację i  móc wrócić do córki. Nie po to, żeby teraz to wszystko zaryzykować bo jakiś mały ćpun mi każe.  Wstałem i odwróciłem się do niego plecami. Uważam rozmowę za zakończoną.
-Zastanów się lepiej, Fitz. Nie skończyłem jeszcze. Znam Cię i wiedziałem, że będziesz miał wątpliwości. Cóż, mogę pomóc Ci je rozwiać. Albo lepiej, twoja córeczka Ci pomoże.
Zamarłem.
Odwróciłem się powoli w jego stronę. Specjalnie wolnym i zamaszystym krokiem kierował się do drzwi.
-Coś ty powiedział? – syknąłem kipiąc ze złości.
-Powiedziałem, że nie powinieneś zapominać, że sam nie jesteś. W grę wchodzi nie tylko twój tyłek ale i Twojej rodzinki, która jak sam wiesz, trochę się skurczyła. – wyszczerzył się.
Kurwa mać.
-Nie mieszaj jej do tego. Nie zbliżaj się do niej nawet. – ledwo mówiłem ze złości.
-Masz wybór. I czas na decyzję do piątku. I pamiętaj, lepiej nie zwlekaj, bo pomogę Ci szybciej podjąć decyzję. – rzucił i wyszedł szybko.
Uderzyłem z wściekłością pięścią w blat biurka.
Cholera jasna.

*oczami Caroline*

-Clary, weź się w garść! Wyjdź do piłki! – krzyk trenera był słyszalny na całej Sali. Rzeczywiście, Clary była dzisiaj jakaś nieobecna.
Piłka leci w moją stronę. A raczej w stronę Clary, ale jej dzisiejsza koncentracja wyklucza opcję, że przyjmie tą piłkę. Szybko skoczyłam przed nią odbijając dołem piłkę.
Po kilku sekundach piłka leciała z powrotem  w kierunku naszej połowy boiska.
Tym razem Clary wyszła stanowczo do piłki nie pozwalając mi na ingerowanie. Niestety, nie przebiła jej na drugą stronę.
-Clary co z Tobą? Ostatni! – zawołał trener wyraźnie zmartwiony zachowaniem Clary.
To dziwne, zawsze była skupiona i nie pozwalała sobie na błędy. To ona była tą osobą w drużynie, która nienawidziła przegrywać i wytykała innym ich błędy.
Ostatnia piłka nas nie uratowała. Za duża strata. Przegrałyśmy.
-Clary, mogę Cię prosić? – trener skinął w kierunku dziewczyny, która ciężko oddychała.
Może i jakoś specjalnie jej nie uwielbiałam, ale martwiłam się.  Kolegowałyśmy się, miałyśmy coś wspólnego, nie pozwalałyśmy sobie na błędy.
Ruszyłam do szatni.
Nasza drużyna nie jest jakaś specjalna. Zwłaszcza, że na studiach nikt nie ma czasu na bawienie się w sportowców chyba, że studiujesz kierunek związany ze sportem. Ja sama jestem na trzecim roku fotografii. Siatkówka to mój sposób na stres, którego mi nie brakuje.
Przebrana, złapałam szybko swoją torbę i ruszyłam do wyjścia. Jednocześnie idąc wyciągnęłam telefon z torby. 3 nieodebrane połączenia. Od wczoraj.
Od: Tata.
Kurwa mać. Mimo wszystko nie miałam serca zmienić nazwy na np. ojciec, czy po prostu jego imię. Mimo, że zasłużył. Mimo, że mnie zostawił. Mimo, że kurwa jestem sama. Mimo to nie umiem tak po prostu zmienić tej głupiej nazwy. Wydzwania od miesiąca.
Czego chce?
Milion razy walczyłam ze sobą żeby nie odebrać. Za każdym razem się udało. Nie odebrałam ani razu, nie odpisałam na jego próby kontaktu. Podobno nawet był pod domem, jak mówił sąsiad. Przez tydzień wtedy żyłam w stresie że wróci. I że będę musiała  z nim rozmawiać. I że się złamię.

Że wybaczę.
Wrzuciłam z irytacją telefon z powrotem do torby i wyszłam z  budynku. Na parkingu stał tylko mój samochód i jakiś duży, czarny niedaleko. Aż dziwne, że tu tak pusto. Rzuciłam torbę na tylne siedzenie i wsiadłam. Teraz dopiero zauważyłam, że obok czarnego auta ktoś stoi. Jakiś facet. Czemu się tak gapi? To na mnie? Zerknęłam w lusterka i rozejrzałam się. Hm, na mnie. Cóż, jeśli mu wpadłam w oko to ma problem.
Ruszyłam w stronę domu.
          ~*~
-Dobra, pomogę Ci. – jęknęłam.
-Dzięki Car, jesteś wielka! – ucieszył się Max.
-Ale nie obiecuję, że dam radę. –mruknęłam starając się okiełznać jego entuzjazm.
-Na pewno damy radę. Dzięki Cara, do jutra!
-Cześć.
Odłożyłam telefon na biurko i westchnęłam cicho. Max to wspaniały chłopak i przyjaciel ale ostatnimi czasy jestem cały czas w ruchu i padam już na ryj. Jeszcze ojciec. Ale nie zostawię go tak.
Z kubkiem herbaty ruszyłam do okna. Uchyliłam je, by zaczerpnąć mroźnego, świeżego powietrza. Na mojej ulicy jak zwykle spokój. Dlatego lubiłam to miejsce.
Chyba tylko pan Green ma gości bo na ulicy jest zaparkowany samochód. Cholera, znowu ktoś stanął na połowie mojego podjazdu. Czy Ci ludzie są ślepi?
Eh.  Zaczęłam porządkować sterty notatek i zdjęć na moim biurku. Kiedyś zginę w tym bałaganie. Zapaliłam lampkę stojącą obok, na biurku. Niemalże w tym samym momencie usłyszałam ryk silnika. Co jest? Wyjrzałam z powrotem przez okno.
Tamto auto wyjeżdżało już z mojej ulicy. Zaraz, skądś znam to auto.
To czarne auto.
Czy to jest kurwa możliwe?


 _______________________________________________________________________
 Hej kochane ! :)
No to mamy prolog :D
Wiem, jest może trochę nietypowy i cóż, niejasny, ale już niedługo wszystkiego się dowiecie.
Czemu Caroline unika ojca?
Co konkretnie miał na myśli Bricks grożąć Johnowi?
W czym Caroline ma pomóc Maxowi?
Co to za samochód? 
Gdzie Luke i co on ma z tym wspólnego?
Kim był Jason? 

Niedługo wszystko będzie jasne :)
Mam nadzieję, ze mimo mojego nieumiejętnego pisania prologów, ten Wam się w miarę spodobał :D

JEŚLI JUŻ TU JESTEŚ, SKOMENTUJ, PLS <3
Szablon by Selly